Jesteś naszym gościem.
Kontakt: gwierzba@poczta.fm

Rumunia / Bułgaria 2001 (via Ukraina)

Termin: 4.08-26.08.2001


Wstęp:

Jesteśmy grupą przyjaciół wędrujących ze sobą od wielu lat. Po eksploracji znakomitej większości polskich gór postanowiliśmy ruszyć w świat. Ze względu na egzotykę skierowaliśmy swoje kroki na wschód. W zaszłym roku odwiedziliśmy góry na Ukrainie (wejście na Howerlę), w tym roku dotarliśmy trochę dalej - do Bułgarii. Stałym elementem naszych wypraw są szczyty i niewielki koszt podróży. Nie traktujemy naszych wyjazdów wyczynowo tylko jako ciekawy sposób na spędzenie wakacji w niebanalnych miejscach. Zdajemy sobie sprawę, że nasza opowieść może wypaść blado w porównaniu ze sprawozdaniami z egzotycznych podróży, ale chcemy tu tak naprawdę pokazać, że można przy bardzo niskich kosztach podróżować do miejsc, o których wielu ludziom nawet się nie śniło i tym samym zachęcić niedowiarków. Jedynym problemem w podróżowaniu jest to, że trzeba się spakować i zamknąć drzwi za sobą. Później jakoś się ułoży!


* Galeria zdjęć z gór
* Galeria zdjęć z podróży

Skład brygady:

Tyla,Aga,Gonia,Grzes,Damian,Maciek,Olek,Hans,Redzio


Po długo ustalanym terminie wyjazdu, który przesuwaliśmy na wszystkie możliwe sposoby, po zaakceptowaniu nieobecności naszego szanowanego kolegi Grzesia H. (z powodu zwichnięcia kostki) stanęło ostatecznie na pociągu do Krakowa o 00:30.

Po szaleństwach zakupowych, walutowych i różnych innych, po serii telefonów i wielokierunkowej wymianie informacji umówiliśmy się na pożegnalne spotkanie w toruńskiej "Tratwie" na niedzielę na 21:00 (04.08.2001).

Z przydatnych rzeczy (prócz namiotów, karimat, żarcia i ciuchów) posiadaliśmy mapy samochodowe Ukrainy, Rumunii i Bułgarii, przewodniki Pascala po Bułgarii i Rumunii oraz stare mapy Gór Fogarskich - te ostatnie generalnie były trudne do zdobycia, postanowiliśmy wiec zupełnie się tym nie martwić.

Pożegnalne spotkanie zakończyło się ok.24 a spacer na dworzec przez most pozwolił zachować w pamięci obraz pięknie oświetlonej toruńskiej starówki oraz przetrzeźwieć na tyle, żeby zakupić bilety do Przemyśla. Pociąg okazał się pełen, ale pewien przemiły konduktor za niewielką opłatą (20zł.) zasugerował paniom, by udawały ciężarne kobiety i otworzył nam przedział dla matek z dziećmi. Podroż minęła średnio komfortowo (9 osób w przedziale),chociaż w konfrontacji z kolejami krajów wschodnich wydaje się z perspektywy czasu luksusowa. Na krakowskim dworcu nie musieliśmy nawet się ruszać z peronu, ponieważ pociąg do Przemyśla startował z sąsiedniego toru. Na miejscu byliśmy koło południa, zaś autobus do Lwowa mieliśmy za dwie godziny. (Warto kupić bilety wcześniej, gdyż przed odjazdem jest spory tłok i zamieszanie. Bilet kosztuje 15 zł. i nie płaci tu się bynajmniej za komfort.)

Wypadałoby wspomnieć tu o obowiązkowej opłacie na granicy - 12 + 10 zł. za ubezpieczenie medyczne (można płacić w hrywnach lub złotówkach).

Podróż trwała ok. 4 godzin, z czego 2 zajęły nam dojazdy, a następną oczekiwanie na granicy. Brakująca godzina to zmiana czasu na wschodnio-europejski. Zanim więc dojechaliśmy do Lwowa była 18:30 Po dokarmieniu się ukraińskimi hot-dogami(1.5 Hr.) poszliśmy starać się o bilety. Zakup ich graniczy z cudem - potrzeba do tego paszportu i dużo dobrej woli. Tablica rozkładu jazdy zawiera stacje początkową i końcową, co w przypadku Lwowa nie robi różnicy, komplikuje zaś sprawę w mniejszych miejscowościach. Umieszczone są tam numery pociągów ( dwie cyfry oznaczają pociąg pospieszny, trzy cyfry – pociąg osobowy). Ważne w pociągach dalekobieżnych są też typy wagonów: "płaskalnyj" to +- nasze kuszetki, "kupalnyj" to sypialny. Wagon kuszetkowy podzielony jest na boksy z 4 leżankami i półkami na bagaże pod sufitem. W każdym boksie jest stolik i nie otwierające się okno zabite gwoździami. (nie dajcie sobie wcisnąć miejsca powyżej 40-tego numeru, są to bowiem leżanki w przejściach, krótsze i węższe od tych w boksach).Każdy wagon ma swojego konduktora – opiekuna. Bilety są imienne i zabawnie wygląda swoje nazwisko pisane cyrylicą.

Z uwag praktycznych: na dworcu jest kantor – można tam wymienić pieniądze, choć nie jest to najkorzystniejszy kurs. Nie udało się nam wymienić złotówek, tylko dewizy. Ważne jest też w jakiej kasie się stoi, ponieważ część z nich służy do zwracania biletu, cześć do sprzedaży na jutro a znowuż cześć do sprzedaży na dzisiaj.

Kupno biletu zajęło nam prawie cały czas do odjazdu pociągu (około 3 godz.). Bilet "płaskalnyj" kosztował nas 16hr. za osobę. Można tez nabyć "kupalny", który kosztuje 25hr. oraz normalny, ze zwykłymi siedzeniami, za 8hr. Podroż z Lwowa do Czerniowiec trwa aż 10h (odległość wynosi 311km.) warto więc wykorzystać nocną porę na odpoczynek, co może się udać w przypadku zakupu miejsc leżących. Jest tam wprawdzie mnóstwo robactwa (karaluchy i pluskwy), ale czego się nie robi dla kilku godzin snu. Można też wynająć czystą pościel (za 2hr.) ale ponieważ nie ufaliśmy nikomu nie skorzystaliśmy z oferty. Bilety mają też oczywiście miejscówki – jest to słowo-klucz w przypadku kolei bułgarskich!. Mimo ogólnych niedogodności noc minęła nam spokojnie, przespaliśmy ją jedni lepiej, drudzy gorzej. Niewybaczalną wadą są nieotwierające się okna i kibel będący czymś niesamowitym i budzącym swoim bytem mnóstwo refleksji (patrz zdjęcie).

W Czerniowcach wylądowaliśmy w poniedziałek o 8:51. Najbliższy pociąg do Suczawy (Rumunia) odjeżdżał następnego dnia o 7:50 i kosztował 46hr. dlatego zrezygnowaliśmy z niego i bez pośpiechu zaczęliśmy rozglądać się za mniej oddalonym w czasie środkiem transportu. Rozkład jazdy autobusów znajdujący się na dworcu kolejowym, jest, jak wszystko tam, mało czytelny więc nie wykorzystaliśmy informacji tam zawartych , chociaż podobno jakieś pojazdy krążą pomiędzy Czerniowcami a Suczawą.(Dworzec autobusowy oddalony jest od kolejowego o 7 przystanków trolejbusem).Sprzed dworca daliśmy się zabrać/nabrać pewnemu kierowcy busa, który za 14$/grupę zabrał nas do granicy, utrzymując, że piesze przejście jest najzupełniej możliwe. Na miejscu i już po jego odjeździe okazało się to kłamstwem i zostaliśmy na lodzie. Rozbiliśmy więc bazę pod pobliskim barem posiliwszy się trochę przed końcowym atakiem na granicę i postanowiliśmy czekać. W takich przypadkach bowiem pośpiech jest zawsze nieopłacalny. Byliśmy stale obserwowani przez zgraję taksówkarzy , ale nie zaszczyciliśmy ich swoim zainteresowaniem, nie wiemy wiec ile chcieli za przewiezienie przez granicę. Udławiwszy się złością postanowiliśmy rozgościć się z herbatą i kawką, kanapkami i ciasteczkami czekając na boskie zmiłowanie. Spłynęło ono za czas jakiś, bowiem udało nam się wsiąść do autobusu jadącego do najbliższej miejscowości przygranicznej (Śiret) w Rumuni. Ta przejażdżka kosztowała nas 10$ za grupę. O 12:00 ruszyliśmy w kierunku szlabanu ukraińskiego. Trwało to niedługo, chociaż wygnano nas wszystkich z autobusu i trzeba było przeciskać się pojedynczo przez bramki kontroli paszportowej ( uwaga: sprawdzane jest ubezpieczenie). Po przejechaniu kilkunastu metrów nasz autobus zatrzymał się na 7 godzin. Do 19:00 nie ruszyliśmy się z miejsca nawet o milimetr z przyczyn nam nieznanych. Najprawdopodobniej trzeba było dać "w łapę" celnikom, proces ten przebiegał jednak niejasnymi dla nas torami. Ostatecznie zostawiliśmy go w rękach naszych współpasażerów – drobnych przemytników. W tym czasie ucięliśmy sobie drzemkę, partyjkę tysiąca ( błogosławione bądźcie karty miedzy turystami), obiadek, podwieczorek, sjestę, spaliliśmy paczkę fajek na łeb oraz nauczyliśmy się na pamięć dwóch przewodników i rozmówek bułgarskich. Na granicy jest bar i kantor, odkryliśmy to jednak tuż przed odjazdem. Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że koczowaliśmy jak tamtejsi Rumuni. Spotkany za chwilę celnik mówił świetnie po angielsku i miał dodatkowo dwa fakultety (z prawa i jakiś techniczny). Wydawał się miły, (albo po prostu obyty) i przekonywał nas ze zwłoka wydarzyła się wyjątkowo, a powodem miała być awaria komputerów. Niezależne źródła podają jednak, że jest to "gówno prawda". Rzecz zdarza się podobno codziennie, a kończy się zawsze łapówkarstwem. Kazano nam wyjąć bagaże, żeby sprawdzić czy nie wieziemy narkotyków i broni. Wyjaśniliśmy im, że jedziemy w góry, i mamy z sobą namioty oraz śpiwory a nie tak zbędne rzeczy jak karabiny. Uwierzyli nam na słowo i obyło się bez kontroli osobistej. Minęła potem jeszcze długa chwila oczekiwania na paszporty i po jakimś kwadransie wysiedliśmy na przystanku w Śiret. Mieliśmy tu czekać na umówionego na granicy kierowcę autobusu do Suczawy. Na przystanku dopadła nas zgraja kierowców, wciskających nam, ze już nigdy nie odjedzie stąd żaden autobus, a już na pewno nie dziś i ewentualnie za "1000000$" mogą nas podwieźć do Suczawy. Cierpliwość jest jednak niewątpliwą cnotą. Za godziny przyjechał autobus, a my za 9$/grupę pojechaliśmy dalej.

W Suczawie nie wysiedliśmy na dworcu kolejowym, jak to było zaplanowane, ( mieści się on w północnych rejonach miasta), tylko na autobusowym, na drugim końcu miasta. Odległość między tymi miejscami jest na tyle duża, że trzeba byłoby wziąć taxi, ponieważ nie wiedzieliśmy nic o kursujących miejskich autobusach. ( trochę później okazało się, że z centrum jeździ jednak autobus nr 1 na "PKP".)

Ludzie okazali się jednak bardzo serdeczni i poinformowali nas, że spod hotelu "Bukowina" o 22:00 odjeżdżają autobusy do Bukaresztu (5$ za osobę). Podjechaliśmy z piskiem opon pod hotel, skąd ruszał nasz transport, samochodem jakiegoś młodego człowieka (30000 lei za kurs). Zrobiliśmy też rundkę po okolicznych sklepach (ceny podobne jak w Polsce, z wyjątkiem drogiego nabiału [patrz CENNIK]) kupując w wygłodzeniu kabanosy, jogurty Danona i chipsy. Autobus ruszył z 40 min. opóźnieniem i na dodatek był pełen. Mimo tego kierowca pozwolił ludziom stać (od 22 do 5 rano) w przejściu. Niektórym zaoferował nawet krzesła, które postawiono w przejściu ( zabawny widok: 10 osób śpi na krzesłach w rzędzie pomiędzy siedzeniami i wszyscy na zakrętach przechylają się równo w lewo i w prawo - ochrzciliśmy ich bobsleistami). Około godz. 5 zaczęliśmy triumfalny wjazd do Bukaresztu.

Tu krótka refleksja: tak jak siedząc wieczorkiem w Suczawie na schodach hotelu mieliśmy wrażenie, że ludzie w Rumunii nie żyją tak źle jak nam się wydawało, że czasem też dobrze się bawią i bywają szczęśliwi , tak w Bukareszcie dopadło nas uczucie biedy, głupoty i nieszczęścia. Wjazd do Bukaresztu zajął nam 0.5 godz. i przez cały czas otaczały nas tylko blokowiska aż po horyzont. W oknach nie widać było żadnych kwiatów, kolorowych firanek czy obrazków tylko wiszące koce, folia i brud. Przerażające watahy bezdomnych psów (wypatrzyliśmy tylko jednego psa na smyczy z właścicielem) w tym dzikim mieście. Rozpaczliwie szukaliśmy czegoś pozytywnego i normalnego – mogą się tu zakwalifikować targi owocowo - warzywne, zawalone tonami arbuzów, melonów, papryk, kabaczków i pomidorów. Bloki jednak ciągną się i ciągną, a przerywane są tylko niedokończonymi budowami niewiadomego celu, na których zalegają kupy gruzu, prętów i śmieci.

Przy wejściu na dworzec ( z rum. : "gara") okazało się, że trzeba zapłacić 5000 lei za tzw. bilet peronowy, który ma prawdopodobnie zapobiegać atakom bezdomnych, wprowadza jednak policyjną atmosferę, ponieważ przy każdym wejściu/wyjściu stoją umundurowani "peronowi". Po "rozbiciu" się na dworcu zaczęliśmy szukać połączeń do granicy rumuńsko-bułgarskiej. Duże zamieszanie przy kasach i jeszcze większe w informacji trochę nas załamało, ponieważ w ich efekcie nie mogliśmy się dowiedzieć jak dalej jechać. Połączenie międzynarodowe było za drogie, musieliśmy więc szukać dalej. Po raz kolejny pomocą przyszedł nam przewodnik Pascala. Dowiedzieliśmy się z niego, (bowiem w informacji międzynarodowej nikt nie mówił żadnym obcym językiem, a mieliśmy do wyboru niemiecki, francuski i angielski ) że kursują pociągi osobowe do stacji granicznej Gurgiu Nord. Wsiedliśmy więc w tramwaj nr 12 (okolice dworca głównego) którym dojechaliśmy do stacji kolejowej Bukareszt Progresul ( tramwajem do końca). Są to już peryferie miasta, dzięki czemu wydaje się prawie sielską mieściną. Pociągi stamtąd do Giurgiu odchodzą o 8:20 (na niego się spóźniliśmy zaledwie parę minut), następny dopiero o 15:00. Na szczęście stacja wyglądała przyjaźnie, więc rozładowaliśmy graty, umyliśmy się, zjedliśmy "małe co nieco" i uzupełniliśmy prowiant na pobliskim targowisku ( pętla tramwajowa). Pociąg na tej trasie kosztował 21000 lei co nas niezmiernie ucieszyło. Po sielankowym poranku powoli zaczęła docierać do nas egzotyka tego miejsca. Dojechaliśmy do Giurgiu około 16:30 i z plecakami ruszyliśmy żwirową drogą na granicę, by jeszcze tego samego dnia dostać się do Bułgarii. Mieliśmy do przejścia ~5 km. (o drogę najlepiej pytać tubylców). W tzw. międzyczasie spotkaliśmy pewnego miłego pana, który poprowadził nas na skróty przez swoja działkę, co pozwoliło nam zaoszczędzić jakiś 1 km. Na granicy panowało lekkie zamieszanie, ale terminal wyglądał porządnie. Ponieważ odprawiane były jakieś autobusy z wycieczkami musieliśmy chwilę poczekać. W końcu celnicy nas przepuścili i przez wielki, imponujący most o długości paru kilometrów dotarliśmy, przez Dunaj, do Russo (przygranicznej miejscowości w Bułgarii). Tamtejsi celnicy odprawili nas sprawnie i byliśmy o wiele szybciej od ludzi czekających w samochodach. Z granicy do miasta trzeba niestety wziąć taksówkę na dworzec autobusowy, ponieważ jest to odległość kilkunastu kilometrów. Ten kurs kosztował 5$/ 4-5 osób. Na dworcu zjawiliśmy się ok. godz. 20 i okazało się, że autobus do Sofii odjeżdża o 24:00 i kosztuje 12DM. Płacić można w markach i dolarach. Kurs dewiz na granicy u "cinkciarzy" wynosił 1DM=0.93lew. Najlepszy przelicznik jest w banku (bez prowizji) 1DM=0.995Lew.. (Jeżeli nie masz dostępu do banku, targuj się i płać w DM.)W autobusie trochę się odświeżyliśmy i przespaliśmy, o ile letarg w pozycji pół-horyzontalnej można tak określić. Warunki jazdy komfortowe. Autobus posiadał klimatyzację, my dostaliśmy po butelce zimnej wody mineralnej i ciasteczko. Super! W Sofii znaleźliśmy się o godzinie 5:00. Niestety było jeszcze ciemno, a my wyrwani ze snu byliśmy na wpół przytomni. Wysiedliśmy na dworcu autobusowym, obok kolejowego (punkt orientacyjny: duży hotel ze świetlistym neonem). Na dworcu zaaplikowaliśmy sobie po mocnej, tureckiej kawce i wymieniliśmy trochę DM po kursie niewiele korzystniejszym niż na granicy. Po wyjściu wystarczy przejść pasażem podziemnym prawie aż do samego końca i wsiąść w tramwaj nr 1 lub 7. po przejechaniu 4 przystanków znaleźliśmy się w centrum., wysiadając na placu Swieta Nedela. Tam zrobiliśmy sobie mały odpoczynek i poszliśmy na zakupy. Co wydało się nam dziwne to fakt, że nie znaleźliśmy żadnego supermarketu z dostępnymi cenami tylko same małe sklepiki, w których ceny były zbliżone do polskich. Z przewodników dowiedzieliśmy się, co warto zwiedzić i na pierwszy ogień poszła stojąca na wspomnianym placu cerkiew Sweta Nedela. Jest to miejsce o ciekawej historii, jako że dokonano tam nieudanego zamachu na cara Borysa III w 1924 r. w którym zginęły 124 osoby. Mięliśmy też sporo szczęścia gdyż trafiliśmy akurat na nabożeństwo, które dostarcza naprawdę niezapomnianych wrażeń. Kościół kapie wprawdzie od złota, ale sama msza jest prosta: jest dwuosobowy męski chór, pop znikający co chwilę za bogato zdobionym ołtarzem, i stojący przez ponad 2 godz. wierni (w środku stało tylko parę krzeseł) całujący z przejęciem w oczach malowane ikonki. Tak naprawdę, mimo przepychu panowała tam domowa, pełna pokory atmosfera (patrz zdjęcia).

Potem (zupełnie przypadkiem) odkryliśmy na "tyłach" hotelu Sheraton rotundę Sweti Georgi z czasów rzymskich. Jest to pierwsza w tych rejonach świątynia chrześcijańska, po dwóch wiekach zamieniona jednak na cerkiew, a w XVI w. na meczet. Koło budowli zachowała się też rzymska ulica z III w.

W tym czasie otworzyli nam już bank i wymieniliśmy DM w większych ilościach. Ten manewr pozwolił zaoszczędzić sporo pieniążków dzięki dobremu kursowi i braku prowizji. Szczęśliwi przystąpiliśmy więc do dalszego zwiedzania.

Poszliśmy do meczetu Bania Baszi Dżamija , znajdującego się przy jednej z głównych ulic sofijskiego centrum. a stamtąd do synagogi. Z wejściem do meczetu mięliśmy mały problem, ponieważ stojący nieopodal Arabowie nie chcieli wpuścić dziewczyn. Po pertraktacjach prowadzonych w jęz. francuskim (brawo dla Goni) i kompletnym ubraniu się przekroczyliśmy w pełnym składzie próg świątyni. Po cerkwi robi wrażenie raczej marne, na ścianach znajdują się bowiem wyłącznie wersety z Koranu. Aby zakończyć wielowyznaniową pielgrzymkę postanowiliśmy dotrzeć do znajdującej się niedaleko Synagogi Sofijskiej. Jest to największa synagoga sefardyjska w Europie. Zbudowana została na początku zeszłego wieku na wzór świątyni wiedeńskiej, która została zniszczona w czasie wojny przez nazistów. W przewodnikach wspomniano o świeczniku, ważącym 2200 kg. czego wcale po nim nie widać. Wejście na teren budynku nie jest wcale takie proste, gdyż brama jest na co dzień zamknięta, a za bramą jak Cerber tkwi strażnik. Ale znów po krótkich pertraktacjach wpuszczono nas. Byliśmy jednak stale obserwowani przez kilku Żydów. Chłopcy w jarmułkach pstryknęli sobie parę fotek ruszyliśmy dalej czujnie obserwowani przez jakiegoś pana zza firanki. Żadne z nas nie było w tylu świętych miejscach rożnych religii w tak krótkim czasie, trasa ta wydaje się więc godna polecenia.

Ostatnim miejscem które odwiedziliśmy w Sofii było biuro turystyczne Odyseiia-In, w którym zdobyliśmy mapy gór Riła i Piryn.(każda w cenie 5 lv.) Biuro to mieści się przy bulwarze Stambolijskim, wejście od ul. Lawele. Przemiła obsługa i wszelkie rodzaje map do wyboru, do koloru. Doradziwszy się w temacie dojazdów i trasy ruszyliśmy z centrum tramwajem nr 2 na podrzędny dworzec autobusowy o dziwnej nazwie YG. Stąd regularnie odchodzą autobusy do Samokowa (3 lv/osoba) a stamtąd do Borowca ( 1 lv ). Samokov jest większy, więc lepiej tam zrobić solidne zapasy przed wejściem w góry. Do Borowca dojechaliśmy przed 16:00. Taki mieliśmy też plan, bowiem kolejka linowa, (która wjeżdża na wysokość 2300 m. i kosztuje 9 lew/ osobę) kończy wjazdy o 16:00 Niestety z przyczyn od nas niezależnych spóźniliśmy się na nią. Nie zostało nam nic innego jak poszukać miejsca na nocleg. Borowiec to miasteczko typowo turystyczne, z zabójczymi cenami, dobrymi hotelami i "folklorystycznym" targiem, gdzie można nabyć swetry, skarpetki z owczej wełny i haftowane obrusiki. Rozbiliśmy się nieopodal wioski i zalegliśmy na zasłużony odpoczynek. Zrobiliśmy sobie wieczorek zapoznawczy z bułgarskimi napojami alkoholowymi, albowiem bardzo pragnęliśmy poznać bułgarską kulturę, na nasz ulubiony sposób. Następnego dnia (9.08) wstaliśmy wypoczęci i gotowi do drogi. W końcu zaczęły się góry. O godzinie 13 wysiedliśmy z kolejki po pokonaniu 1000m w górę i zaczęliśmy marsz ludzi szczęśliwych. Tego dnia, przechodząc obok schroniska Musala (nieczynne), i odbijając w lewo ścieżką doszliśmy do pięknych jeziorek pod szczytem o nazwie Szczatr (2495m.). Wykąpaliśmy się w lodowatej wodzie i w blasku ogniska wspominaliśmy cala podroż, wychylając co jakiś czas butelczynę bułgarskiego "sikacza" dowleczonego w plecaku. Następnego dnia wstaliśmy dosyć wcześnie i ruszyliśmy w drogę ścieżyną przez kosówkę, z nadzieją, że doprowadzi nas ona do szlaku wzdłuż strumienia Studenja. Tu się jednak trochę pomyliliśmy potwierdzając zarazem stare dobre przysłowie "kto drogi skraca - do domu nie wraca". Straciliśmy 2 godziny na błądzeniu i przedzieraniu się przez kosodrzewinę , by summa summarum powrócić do miejsca wyjścia. Stąd troszkę się cofnęliśmy i idąc wzdłuż Żółtojenowo potoku doszliśmy do szlaku. Niestety, człowiek uczy się na błędach. Kierownikowi pozostało tylko podkulić ogon, szczególnie kiedy zagroziliśmy detronizacją. Ścieżką zeszliśmy do doliny, która powiodła nas do schroniska Marica, gdzie zaopatrzyliśmy się w kolejne flaszeczki "sikacza". Następnie szlakiem zielonym udaliśmy się w górę doliny, która kończyła się pod główną granią. Tego dnia doszliśmy na wysokość 2400m., gdzie rozbiliśmy namioty i kontemplowaliśmy widoki m.in. na Musalę (tym razem z drugiej strony). W nocy, o godzinie 2:45 poderwaliśmy swoje zaspane ciałka,( co zdaniem niektórych obecnych studentów medycyny było objawem początków choroby umysłowej), spakowaliśmy się i ruszyliśmy na wschód słońca, na Musalę. Trasa była dosyć ciężka, ale po 2 godzinach byliśmy na najwyższym szczycie Bałkanów (o kilkanaście metrów wyższy od Olimpu). Piękny wschód słońca wynagrodził nam wysiłek. Cóż więcej pisać, kto przeżył coś takiego, ten wie. Po opadnięciu emocji zeszliśmy na południe główną granią i tam poczekaliśmy na 3 osoby, które przegrały poranną walkę ze snem. Około 13 ruszyliśmy całą brygadą czerwonym szlakiem na południe, przez przysadziste, pokruszone ze starości góry, przez Kowacz (2634m) aby tuż przed zmrokiem odbić w lewo na niebieski szlak. Morderczy marsz zakończył się w strugach deszczu około 20, kiedy to zeszliśmy z grani w celu znalezienia noclegu. Już jako zombi rozbiliśmy namioty gdziekolwiek bądź. Pogoda się trochę popsuła więc z małymi obawami czekaliśmy jutra. Niestety poranek był fatalny, przerywany mocnymi podmuchami wiatru , siąpiącego deszczu i piorunami z toczących nad naszymi głowami walkę 2 burzowych chmur. Na dodatek kierownik się przytruł i biegał jak opętany co pięć minut w ustronne miejsce. Jego wiatry były równie porywiste jak te gnające z dolin. Około 14 udało nam się jednak wyrwać i ruszyliśmy szlakiem do schroniska Rybne Oziera , do którego dotarliśmy przed 18. Tam zjedliśmy krotki posiłek i ruszyliśmy drogą w dół w kierunku Rilskiego Monastyru. Po drodze dopadł nas zmrok i rozbiliśmy się obok życzliwych biwakowiczów przy rzece. Następnego dnia (13.08) ruszyliśmy z rana w stronę monastyru. Po drodze podziwialiśmy piękne widoki tych jakże urokliwych gór. Czaru dodawała mgła, która nagle znikając odsłaniała przed nami przepaście lub pionowo wzbijające się w niebo ściany skalne. Około południa dotarliśmy do Kiryłowej Polany – miejsca gdzie stoją trzy sklepy, parę domków letniskowych i gdzie dojeżdżają busy. Dorwaliśmy się do zestawu serwowanego przez miłego pana w jego gospodzie ( kiełbasa + chleb + pomidor = 1.5 lv). Zaoferował nam transport w dół doliny z czego bezzwłocznie skorzystaliśmy. Tak, po południu znaleźliśmy się w Rilskim Monastyrze – męskim klasztorze prawosławnym stojącym majestatycznie wśród gór. Jest to Jasna Góra w wykonaniu bułgarskim dokąd wędrują pielgrzymi. Obok znajdują się restauracje i parę sklepów. Polecamy również ichniejsze ciasteczka – donaty , z cukrem pudrem. Klasztor otoczony jest wysokim murem. W środku usytuowana jest cerkiew z ołtarzem kapiącym zlotem, co nadaje temu miejscu niesamowite wrażenie. Byliśmy również świadkami przyjazdu pielgrzymki popów z długimi czarnymi brodami i kitami. Udało się nam usłyszeć ich śpiewy i załapaliśmy się na odsłonięcie świętych relikwii. Warte obejrzenia jest muzeum, w którym znajduje się krucyfiks wykonany igłą w jednym kawałku drewna przedstawiający 1500 postaci biblijnych wielkości ziarnka ryżu, przy jednoczesnej mistrzowskiej dbałości o rysy twarzy czy fałdy szat. Trudno opisywać takie wydarzenie bo i tak nie odda się całego uroku sytuacji. To trzeba zobaczyć.

Obok klasztoru jest parking z którego odjeżdżają autobusy do Sofii o 15:00 i 17:15 z przesiadką w Starej Zagorze.( inaczej Dupnica). Do Sofii zapłaciliśmy 5-6 lewa / osobę. W Sofii wysiedliśmy na dworcu Owcza Kupeł – kolejny podmiejski dworzec. Stamtąd dojechaliśmy do centrum tramwajem nr 5 i znów przesiadka na tramwaj 1 lub 7 do dworca kolejowego. Bilet komunikacji miejskiej kosztuje 0.4 lew/osobę. Uzupełniliśmy prowiant, wodę i czekaliśmy na pociąg do Burgas, aby zrobić sobie 2-3 dniowy postój nad Morzem Czarnym. Na dworcu byliśmy około 22, a pociąg odjeżdżał o 23:15. Zrzuciliśmy się na pierwsza klasę ale okazało się że nie ma już żadnych miejsc. W Bułgarii jest bowiem obowiązek posiadania miejscówki , za 0.5 lewy, na każde miejsce niezależnie od rodzaju pociągu. Jeżeli nie masz miejscówki stoisz na korytarzu bądź zajmujesz jakieś wolne miejsce. My nieszczęśni kupiliśmy zwykłe bilety i nie dbając w swojej ogromnej niewiedzy o miejscówki poszliśmy spokojnie na peron. Pełni radości znaleźliśmy pusty wagon i rozsiedliśmy się nieświadomi zagrożenia. Po chwili do wagonu wpadła chmara rodziców z dziećmi. Okazało się ze był to wagon kolonijny, chociaż nie było żadnych oznakowań. Zmuszeni do opuszczenia wagonu zajęliśmy miejsca na korytarzu z przodu pociągu. Była to koszmarna noc, ale następny dzień(14.08) przywitaliśmy już na szczęście nad Morzem Czarnym.

Po krótkim rekonesansie ( warto trochę się posnuć po Burgas, bo to miłe, nieduże, czyste miasto) ruszyliśmy na chybił trafił do miejscowości gdzie na mapie namalowane było jak najmniej namiocików oznaczających campingi. Padło na Czernomorec, 20 km. na południe od Burgas. Z transportem nie ma żadnego problemu, bo busy kursują z dworca kolejowego we wszystkich chyba kierunkach.

Wysiedliśmy w tej maleńkiej miejscowości, gdzie na maleńkim placyku położonym centralnie, z barem i pijalnią soków oraz barem z pyszną kuchnią, siedzą na ławeczkach i wystawionych przed domy krzesełkach ludzie...z całkowitym spokojem nic nie robią, tylko się uśmiechają, piją winko, wódeczkę, zagadują się nawzajem i wszystkich turystów....tryb życia godny pozazdroszczenia dla każdego zabieganego Europejczyka. Po wchłonięciu słonecznego żaru, ludzkich uśmiechów i zimnego piwka ruszyliśmy od razu nad morze zmyć koszmar ubiegłej nocy. Doszliśmy za czas jakiś do upadłego ośrodka wypoczynkowego, przejętego przez dziwnych typków spod ciemnej gwiazdy, którzy sprzedawali bilety wstępu na plażę. Bezzwłocznie je kupiliśmy mając przed sobą widok na piękny lazur wody w zatoczce i prędko rozbiliśmy się z całym sprzętem na kamienistej plaży. Kąpiel w "gorącej " wodzie była dla nas zbawcza po ciężkich górach i długiej podróży- też nie lekkiej. Dopadła nas po raz kolejny beztroska wakacyjna, i dobrze się stało, że nie szukaliśmy gdzie indziej . Tego samego dnia bowiem nawiązaliśmy kontakt z jednym z facetów prowadzących sklepik na terenie tego zdemolowanego ośrodka. Nie wnikając w szczegóły wynegocjowaliśmy 2 lewy / osobę za nocleg i rozbiliśmy namiot 10 m. od morza. Warunki nie oszałamiały, zupełnie jednak wystarczyła nam woda zimna w kranach i jeden działający prysznic. Spędziliśmy tam dwie noce, pluskając się całe dnie w wielokolorowej wodzie. W pełni wypoczęliśmy, wysłaliśmy kartki i najedliśmy się po uszy owoców ( w tym ponad 10-cio kilogramowych arbuzów ) oraz poznaliśmy nieco ichniejszą kuchnię. W centrum obok przystanku autobusowego jest restauracja z tanim bułgarskim jedzeniem, dość specyficznym, opartym na owczym serze, oliwkach, papryce i czosnku ( danie:, 1,8 - 2,5 lvzupa 0,5- 1,2 lv). Nieznajomość języka zwiększa prawdopodobieństwo zamówienia oryginalnej potrawy i dalekiej podroży kulinarnej, która może skończyć się długim posiedzeniem na klozecie. Mimo to warto!

Po dwóch dniach ruszyliśmy z Burgas pociągiem o 22:05 do Russo ( dobrze wcześniej kupić bilety i zrobić rezerwacje). Dotarliśmy tam ok. 7:30 i taksówkami podjechaliśmy pod granicę.( za trzy kursy zapłaciliśmy 10 DM i 3 $ ). Czekała nas jednak kolejna niespodzianka, strażnik nie chciał nas przepuścić pieszo, gdyż twierdził, że jest to możliwe wyłącznie samochodem lub pociągiem. Argument, że przekraczaliśmy to miejsce 10 dni temu na piechotę wcale nie był dla niego przekonujący. Siedliśmy więc nieopodal szlabanu rozbici wewnętrznie i zaczęliśmy knuć plan. Po kwadransie odrzuciliśmy tysiąc ofert przewiezienia nas przez granicę taksówką za kwotę równą chyba dziurze budżetowej. Po godzinie podjechały jednak 4 polskie samochody, z których jeden wziął Maćka na drugą stronę. Pojawił się wiec cień szansy na rozwiązanie tego problemu. W trzy godziny byliśmy w komplecie po stronie rumuńskiej, pierwszy raz jadąc autostopem tylko przez granicę. Spotkaliśmy się na dworcu w Giurgiu i pociągiem ( 14:21, 16:40, 19:00 ) ruszyliśmy do Bukaresztu Progresul. Na miejscu mieliśmy ok. 1,5 godz. na przesiadkę, obeznani w trasie tramwaju nr 12 spokojnie rozsiedliśmy się w pojeździe. Po godzinie jazdy domyśleliśmy się jednak po peryferyjnym krajobrazie, że akurat TA dwunastka miała zjazd do zajezdni. Przeszedł nas lekki dreszczyk emocji związany z naszym pobytem na obrzeżach miasta i to " by night". Dzięki tej pomyłce mieliśmy okazję przejechać się bukaresztańskim metrem. W przeciwieństwie do powierzchni, podziemie robiło czyste i miłe wrażenie. Dojechaliśmy do stacji Bukareszt Nord, spóźniliśmy się jednak na pociąg. Następny odjeżdżał za 3 godz. i na dodatek był to pociąg pośpieszny. Oznacza to, że za trasę 166 km. zapłaciliśmy po 120 000 lei. ( w Rumunii rapid= pospieszny, acelerate= przyspieszony , a personalu to osobowy). Oczywiście zakupiliśmy też miejscówki. W Braszowie ( bo tam dojechaliśmy) byliśmy ok. 1-2 w nocy. Dworzec nie wyglądał zachęcająco, nawet wywiązała się jakaś bijatyka, ale ponieważ do nas nikt nie startował z pretensjami cała ekipa zaległa na karimatach na pięterku i poszła spać. "Wartownicy" spotkali pewnego młodego Rumuna, który podobnie jak my wybierał się w Fagarasze- doradził on nam trasę i polecił dojazd. O 6:15 ruszyliśmy z tej noclegowni i koło południa znaleźliśmy się ( po niespodziewanej i niepotrzebnej wysiadce w Fagaraszu.... udało nam się tam kupić mapy i zrobić porządne zakupy) w Ucea de Sus. Tam przywitaliśmy kolejny piękny dzień naszego życia rozpustnie, tzn. piwkiem i lodami, których nazwa Coloseum dobrze oddaje ogrom i potęgę ich smaku . Chwilę potem bus zawiózł nas za 10 000 lei / głowę do miejscowości Viktoria, skąd planowaliśmy wbić się w góry. Na miejscu trochę się pogubiliśmy i doszliśmy do fabryki utylizacji odpadów ( join ventur USA- Romania), ale dzięki pomocy pewnego sympatycznego pana mówiącego trochę po polsku udało się nam wejść na właściwy szlak. Ponieważ dzień zaczął się luźno ( patrz piwo) powolutku ruszyliśmy przed siebie, a szlak którym szliśmy był nader ciekawy, gdyż prowadził pomiędzy zasiekami, za którymi był poligon, z makietami czołgów, wozów pancernych i wież strzelniczych. Jakieś 10 km. dalej znajduje się wioska Vistisoara. Za nią zaczynają się grupy domków letniskowych zasiedlonych przez Włochów i Niemców . Skręciliśmy ze żwirówki w prawo czerwonym szlakiem i dowiedzieliśmy się z drogowskazu, że na Moldoveanu jest 7 godz. marszu. Droga pięła się w górę i po chwili zgubiliśmy dacze i samochody .Brnęliśmy dalej szukając spokoju, a nade wszystko kawałka polany, ba- równego terenu na 3 namioty. Zaczęło kropić i zmierzchać, a kolejny zakręt nie przyniósł nic innego poza następnym zakrętem. Nasze szczęście po raz kolejny wysłało nam uśmiech, gdyż za zakrętem " kryzysowym' natknęliśmy się na stację wyrębki. Jako że był weekend, zastaliśmy tam jedynie stróża, który zaproponował nam, a właściwie my jemu , nocleg w chacie drwali. Czekała nas noc w cieple i na łóżkach, wobec takiej perspektywy ochoczo zabraliśmy się za kolację, dzieląc się z gospodarzem chlebem z czekoladą. Takiego zdziwienia na twarzy nie widzieliśmy dawno. Przed snem pan ten bardzo ekspresyjnie przedstawił nam historie Caucesco, głodu w kraju za rządów dyktatora i wyraził opinie na temat jego "osiągnięć". Być może opowieść, a właściwie pantomima dotyczyła czegoś zupełnie innego, jako że nie rozumieliśmy z jego wypowiedzi ani słowa, teatr jednego aktora został jednak sprowokowany hasłem Caucescu, i nam wydał się niesamowicie przejrzysty. Następnego dnia ruszyliśmy w górę doliny, która niesamowicie przypominała nasze Tatry. Po wyjściu z zalesionej części naszej trasy rozpoczęliśmy walkę z górą. Niezwykle strome podejście dało nam w kość, ale po 5 godz. mogliśmy się rzucać śnieżkami na przełęczy pod Moldoveanu. Ponieważ zaczęło się chmurzyć i grzmieć bezzwłocznie znaleźliśmy miejsce na nocleg nieopodal jeziorek. Nad ranem kierownik cierpiący na ciężką chorobę " wstaję zawsze o 7 rano" wszedł na najwyższy szczyt Rumunii , ale oporna grupa zebrała sie dopiero w okolicach 11. Z jeziorek zdobycie szczytu zajęło nam ok. 25 min. Potem skierowaliśmy się głównym szlakiem w stronę Negoiu. Tego dnia dotarliśmy do cabany (schronisko) Podragu. Jest to spora baza, nie ma więc problemu ze znalezieniem sobie kawałka prywatności . Tego typu schroniska mają jednak kilka wad. Pierwszą jest to, że do wszystkich trzeba zejść sporo w dół z grani. Drugą wadą jest najczęstszy brak chleba, który trzeba zamawiać wcześniej. Na szczęscie piwo to nie chleb i zawsze jest- tym bardziej na wysokości 2000 m. Następnego ranka postanowiliśmy dotrzeć do cabany Bilea Lac, głownie z powodu braku pieczywa. Wyruszyliśmy ok. 10:00, i cały dzień otaczały nas widoki zapierające dech w piersiach. Fagarasze to góry o specyficznym uroku, który trudno ująć w słowach. Są wielkie, strzeliste, kapryśne ( regularnie ok. 14-15 zaczynało padać) i wzbudzają pokorę. Takie są właściwie wszystkie góry ogólnie przyjęte za piękne, ale w tych jest jeszcze coś...tajemnicza wyjątkowość, która każe wlec się z plecakiem po przełęczach i dolinach, i odcina od rzeczywistości. I w ramach kaprysu, tak jak dzień wcześniej o 14 zachmurzyło się i zmuszeni byliśmy zejść do schronu ( poprzedniego dnia grad poranił nam odsłonięte nogi). Spotkaliśmy po drodze dwa tzw. " refiugiu"- miejsca z dachem i pryczami na kilka osób, z daleka widoczne.

Po dwugodzinnym postoju ruszyliśmy dalej, by wieczorem dotrzeć do Bilea Lac. Na miejscu można nabyć prowiant potrzebny do przeżycia i zjeść coś słodkiego. Stoi tam hotel dla zagranicznych gości oraz jakiś tańszy hotelik ( spotkaliśmy tam oczywiście Polaków- była to grupa geologów. Do tego miejsca dojeżdża kolejka linowa, ale większość turystów tam się znajdująca dociera samochodem, gdyż tu właśnie słynna trasa transfagaraska przebija się na drugą stronę gór. My skromnie rozbiliśmy się na pagórku pod stacją meteo. Po nocy, wśród innych niż nasze własne gęby i wobec rosnących stert śmieci ( Rumuni to okropnie nieczysty naród, śmiecą pod siebie) ruszyliśmy wyżej w góry, do refiugiu Caltum. Tu planowaliśmy zebrać siły na ostatni atak, na Negoiu. Góra to kapryśniejsza jeszcze niż pozostałe, stąd niespokojna noc przez pobudzone ambicje i porywy ostrego wiatru. Następnego ranka pogoda była niepokojąca i po wymianie informacji z bazującymi tam ratownikami górskimi stwierdziliśmy, że oddalimy się z honorem.

Szczyt Negoiu pozostał nieskażony naszą obecnością i czeka na nas, mamy nadzieję cierpliwie, do tej pory. Przynajmniej jest do czego wrócić.

Decyzja okazała się o tyle trafna, że poza ulewą, napotkalibyśmy tego dnia pozrywane łańcuchy. Udaliśmy się szlakiem wiodącym po północnej stronie grani i doszliśmy przepiękną ścieżką, pełną jagód, pomostów i urwisk, do cabany Negoiu. Tam uradziliśmy, że schodzimy z gór i ostatnią noc spędzimy jeszcze w dolinie z dala od wielkiego świata.( ze schroniska do wioski posiadającej dworzec kolejowy było 22 km.) Po 3 godz. marszu znaleźliśmy się w koło kamieniołomu, gdzie złapał nas deszcz. Zdarzył się jednak cud, gdyż akurat wielka ciężarówka wioząca marmur zatrzymała się na wystawiony, ot tak, z głupia frant palec jednej z białogłowych . Ciężarówką dojechaliśmy do samego dworca . Była to niesamowita podróż na stercie głazów, w strugach deszczu i pomiędzy miotającymi gałęziami drzew. Na pożegnanie gór srogo rozczarowaliśmy kierowcę wręczając mu zaledwie 50000 lei ( w Rumunii autostop jest płatny ) ale trudno, na bogaczy nie trafił.

W Porumbacu de Sus byliśmy około 18, a za 2 godz. mieliśmy pociąg do Braszowa.( za 42 000 lei). Na maleńkim dworcu udało nam się upichcić pyszne leczo, kiedy więc dotarliśmy o 22:30 do Braszowa fakt, że uciekł nam przez gapiostwo jedyny na dobę pociąg do Suczawy wcale nas nie zasmucił. Uradziliśmy, jako bywalcy dworców, że ten nie jest gorszy od innych i że tu właśnie oddamy się w objęcia Morfeusza, rano zaś pojedziemy do niedalekiej Brany zwiedzić zamek Drakuli. Tej nocy dane nam było oglądać życie nocne, nie gasnące ani na chwilę, w okolicy dworca. Czynne całą noc fast-food'y, grupa cygańskich nastolatków, pijanych i tańczących na ulicy w nocy jakieś ludowe tańce wśród śpiewów i oklasków. Śpiący nad słoikami i miseczkami pijani sprzedawcy robaków dla wędkarzy i sporo niezapomnianych widoków. Rano wsiedliśmy w miejski autobus by dojechać do dworca, skąd odjeżdżają busy do Brany. Podróż kosztuje 15 000 lei i trwa 40 min. Byliśmy pierwszymi gośćmi i zastaliśmy wrota zamknięte. Śniadanie na przystanku pomogło w poprawianiu sobie humoru, trochę zmalałego niewyspaniem i złą pogodą.. Zamek jest piękny, ale Drakula nawet koło niego podobno nie przejeżdżał. Obejrzeliśmy sobie pamiątki, na które nie było nas już stać i wróciliśmy po raz kolejny do Braszowa. Tym razem za dnia, postanowiliśmy więc wykorzystać ten nieprawdopodobny splot okoliczności i w końcu zwiedzić. Ma podobno najpiękniejszą starówkę w całej Rumunii, nam jednak nie dane było jej docenić w całości, gdyż właśnie montowano scenę na rynku z okazji koncertu UB 40. Poszwędaliśmy się trochę po centrum, kupiliśmy bilety do Suczawy( 144 000 lei), wypiliśmy kawkę i tak na słodkim nicnierobieniu minął nam dzień . Wieczorem wsiedliśmy w pociąg i nad ranem byliśmy w Suczawie. Stamtąd już "żabi skok" na Ukrainę, gdzie trafiliśmy na 10-tą rocznicę uzyskania niepodległości . Uczciliśmy to spędzeniem całego dnia w parku na trawce w Czerniowcach i graniem w karty oraz łuskaniem palonego słonecznika ( rozkosze podniebienia za drobne pieniążki- innych już nie mieliśmy). O godz. 21:30 odjechaliśmy pociągiem do Lwowa. Stamtąd migusiem do busa (7 hr/głowę + 2 zł. z granicy do Przemyśla- najtańszy warianty!) i w pociąg jadący o 13 do Warszawy...czyli w naszym kierunku. W Toruniu byliśmy o 2:30 rano, kiedy to dotarło do nas, że nasza wyprawa niestety się skończyła. Bąble na nogach zaleczone, złe wspomnienia schowane na dnie szuflady.. i wertujemy mapy Pirenejów.


KONIEC.


Opracowali: Grzegorz Wierzba i Matylda Kramkowska
Większość zdjęć: Wojtek Jaraczewski































TRASA

KOSZT

/osobę

KOSZT

/gurpę

ŚRODEK TRASNPORTU

~CZAS PODRÓŻY

ILOŚĆ km.

Toruń-Przemyśl

22zł.

20zł(łapa)

pociąg

12h.

650

Przemyśl-Lwów

15zł.


autobus

2-3h.

180

Lwów-Czerniowce

16hr.


pociąg

11h.

280

Czerniowce-granica

1.5$

14$

bus

1.5h.

40

granica-Siret

1.1$

10$

autobus

8h.

4

Siret-Suczawa

1$

9$

autobus

2h.

53

Suczawa(taxi)

6500lei.

60000lei

taxi

10min.


Suczawa-Bukareszt

150000lei.


autobus

7h.

450

Bukareszt-Gurgiu

21000lei.


pociąg

2h.

64

granica-Russo

1.1$

10$

taxi

20min.

10

Russo-Sofia

12DM.


autobus

4h.

318

Sofia-Borowiec

3+1lew.


autobus

2-3h.

70

kol. lin.Borowiec

9lew.


kolejka

20min.


Ril. Monastyr-Sofia

5lew.


autobus

2h.

122

Sofia-Burgas

10lew.


pociąg

8h.

400

Burgas-Czernomorec

1.6lew.


bus

40min.

30

Czernomorec-Burgas

1.6lew.


bus

40min.

30

Burgas-Russo

9lew.


pociąg

10h.

260

Russo-granica

~1.7DM.

10DM.+3$

taxi

30min.

10

Gurgiu-Bukareszt

21000lei.


pociąg

3h.

64

Bukareszt-Braszów

120000lei.


pociąg

3h.

166

Braszów-Ucea

16000+12000lei.


pociąg

2h.

66

góry-Parambuko

~5000lei.

50000lei.

ciężarówka

1h.

20

Parambuko-Braszów

42000lei.


pociąg

3h.

66

Braszów-Suczawa

144000lei.


pociąg

9h.

250

Suczawa-Czerniowce

4$


bus

2h.

90

Czerniowce-Lwów

16hr.


pociąg

10h.

280

Lwów-granica

7hr.


bus

1.5h.

179

granica-Przemyśl

2zł.


bus

15min.


Przemyśl-Toruń

22zł.


pociąg

11h.

620


RAZEM:

:~300zł.


RAZEM:

4772



9$

538000lei.





14DM.

61zł.





32lew.

32hr.



Łączny koszt wyprawy na jednego uczestnika wyniósł w przybliżeniu około 800-900 zł. na 22dni.


Trzeba zwrócić uwagę na to, iż ceny artykułów były wzięte z pojedynczego sklepu i nie można ich generalizować lecz traktować orientacyjnie.


Cennik:




Ukraina :


Rumunia:


chleb 1.5

2.5hr.

karta tel. 60 jed.

50000lei.

cola 1l.

2.9hr.

bilet peronowy

3000lei.

hot-dog

2hr.

arbuz 1kg.

3000-5000lei.

mintaj 200g.

4hr.

winogrona 1kg.

30000lei.

czekolada

2.5hr.

piwo 0.5l.

7500lei.

sok

3.5hr.

piwo 1l.

14000lei.

papierosy(w twardym)

2-3hr.

tramwaj

5000lei.

wafelek

0.8hr.

papirosy

12000-16000lei.

kibelek we Lwowie

0.5hr.

pomidory 1kg.

12000lei.

kibelek na granicy

1hr.

woda mineralna

10500lei.

kawa,herbata

1hr.

wino

48000lei.

woda mineralna 1.5l.

1.9hr.

bułka

300-500lei.


Ceny walut były aktualne w sierpniu 2001 i ponieważ nie są to waluty stabilne można spodziewać się skoków poszczególnych kursów.

Kursy:

Ukraina:

1zł.=0.9hr.

Rumunia:

1DM=12500lei.

1$=28000lei

1zł.=6500lei.

Bułgaria:

1DM.=0.95-0.996lew.

1zł=0.5lew.





urządzanie mieszkania | noclegi szczyrk | tanie wycieczki | wypoczynek | miasta europy
noclegi łeba | hotels in ukraine | turystyka | noclegi sopot | osrodki wypoczynkowe